Tekst i Chwyty Piosenki: Ballada Rajdowa 1. Właśnie tu na tej ziemi młody harcerz meldował swą gotowość umierać za Polskę, tak jak Ty niesiesz plecak on niósł w ręku karabin w sercu miłość nadzieję i troskę, właśnie tu w Nowej Słupi, Daleszycach, Bielicach brzozowymi krzyżami znaczony swą dziewczynę porzegnał nic nie wiedząc, że tylko kilka dni życia mu przeznaczono. C G F C Ref: Naszej ziemi śpiewamy, ziemi pokłon składamy taki prosty, serdeczny , harcerski niechaj echo poniesie tę balladę rajdową w nowe jutro i przyszłość nową. 2. Na pomniku wyryto, że szesnaście miał wiosen, że był śmiały, odważny, radosny, kiedy padł zapłakała cała Puszcza Jodłowa nie doczekał czekanej tak wiosny i choć on nie doczekał to nie umarł tak sobie przetarł szlak którym dzisiaj wędrujesz i gdy tak przy ognisku śpiewasz sobie balladę tak jak on w sercu ojczyznę czujesz. Ref: Naszej ziemi śpiewamy … Wykonanie Piosenki: Ballada Rajdowa Ballada Rajdowa – Piosenki Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej Ballada rajdowa – Patriotyczna Pieśń Harcerska Ballada rajdowa – ZHR Skarżysko Z płyty „Więc szumcie nam jodły piosenkę” wydanej przez harcerki i harcerzy ZHR Skarżysko dla upamiętnienia piosenek śpiewanych przez żołnierzy Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich „Ponurego” i „Nurta”
Tekst i Chwyty Piosenki: Szara lilijka. Gdy zakochasz się w szarej lilijce ad. I w świetlanym harcerskim krzyżu, Ea. Kiedy olśni Cię blask ogniska, Radę jedną Ci dam: Ref.: Załóż mundur i przypnij lilijkę, ad. Czapkę na bakier włóż, GCE. W szeregu stań wśród harcerzy, ad. Tutaj możesz zrobić zamówienie na podkłady muzyczne midi karaoke, mp3 i CD AUDIO lub kupić utwór SMS-em. Aby ułatwić Ci wybieranie plików zostały one posegregowane pod względem nowości, tytułów i wykonawców, dodatkowo możesz użyć wyszukiwarki. 7344 Ballada TABB & Sound'N'Grace midi mp3 info kup koszyk BALLADA - Tabb & Sound'N'Grace (Muz.: Bartosz 'Tabb' Zielony, sł.: Patrycja Kosiarkiewicz) Tonacja G-dur Niech ballady tej ton, niech ballady tej płynie ton, płynie ton. Niech ballady tej ton płynie w każdą ze świata stron, świata stron. Niech płynie i niech grzeje nas od stóp do głów. Wykąpiemy świat, tak, tak, w świetle znów. Ono gasi mrok, ono gasi mrok i topi lód. Nie wiadomo, jaki cud, kto by w to uwierzyć mógł. Lecz pewnego dnia siedmiu miliardom dusz powiedziano: czego chc... 5087 Ballada dla mamy (szlagry) (ma) Mirek Jędrowski midi mp3 info kup koszyk BALLADA DLA MAMY - Mirek Jędrowski (Muz.: Stefan Rylko, sł.: Miropsław Jędrowski Mamo, czy słyszysz? Opuszczom dom, dziś moje wesele, czas gibko płynie, już inaczej byda żyć. Kocham żoneczka, lecz moja mamo, miłości aniele, jak dobrze w życiu twym dzieckiem być. Mamo, czy słyszysz, jak bije znów ta miłość w mym sercu? To, co ja czuje, byda śpiewoł w kożdy dzień. Twój obraz życia we pięknej ramie w tym moim wierszu, a twoje serce w nim tworzy rytm. Teraz, mamo, zatańczymy jeden gą... 7277 Ballada dziadowska Tadeusz Woźniak midi mp3 info kup koszyk BALLADA DZIADOWSKA - Tadeusz Woźniak (Muz.: Tadeusz Woźniak, sł.: Bolesław Leśmian) Tonacja A-dur Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą, Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano. Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu, Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu. Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni. Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni! Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca, Obryzgała mu ślepia, aż przymarszczył pół lica. Nie... 6919 Ballada na złe drogi (szanta) EKT Gdynia midi mp3 info kup koszyk BALLADA NA ZŁE DROGI - EKT Gdynia (Muz.: E. Adamiak, sł.: W Chiliński) Tonacja a-moll INTRO: / instrumental / Na drogi złe, dni zwyczajne i na najwyższe z progów dostaliśmy w dłonie balladę, i pachnie, jak owoc głogu. I będzie przebiegać muzyka, czy ty wiesz, jak to dużo po dniu? I w wierszu nam będzie rozkwitać ballada - posag mój. I będzie przebiegać muzyka, czy ty wiesz, jak to dużo po dniu? I w wierszu nam będzie rozkwitać ballada. / instrumental / Na ludzi o ... 1933 Ballada o butach Andrzej i Eliza midi mp3 info kup koszyk BALLADA O BUTACH - Andrzej i Eliza Może buty, zwłaszcza stare, to nie powód, by gitarę brać do ręki i piosenki o nich wieść. Ale co ja, biedna, zrobię, że po ziemi ciągle chodzę, a na szlaku buty mocne liczą się. Buty, buty z wolej skóry, każdy kuty, niby koń... Buty, buty dawno wzute - hej, jea! - już nogami prawie są. Buty, buty, niby orzech - czas nie może butów zgryźć. Buty, buty - znów mi trzeba - hej, jea! - do El Paso jutro iść. Ale buty, zwłaszcza stare, ważny powód, by gi... 1903 Ballada o ciotce Matyldzie Pod Budą midi mp3 info kup koszyk BALLADA O CIOTCE MATYLDZIE - Pod Budą Między strychem a piwnicą w jakiejś starej kamienicy mieszka ktoś kto rozumy wszystkie zjadł... dobrze wie co lubią kwiaty i pamięta wszystkie daty a kłopoty zna rodzinne od stu lat Ciotka Matylda cała w papilotach ma rozpieszczonego kota i nadzieję że się jeszcze zmieni świat Ciotka Matylda w podartych bamboszach Czeka wciąż na listonosza który rentę nosi i do łask się wkradł Aż pewnego dnia zastukał a za drzwiami cisza głucha Zniknął k... 5289 Ballada o cudownych narodzinach Bol. Krzywous Ewa Demarczyk midi mp3 info kup koszyk BALLADA O CUDOWNYCH NARODZINACH BOLESŁAWA KRZYWOUSTEGO - Ewa Demarczyk (Muz.: Andrzej Zarycki, sł.: Gall Anonim) Bolesław, książę wsławiony, z daru Boga narodzony, modły świętego Idziego przyczyną narodzin jego. W jaki sposób to się stało, jak się Bogu spodobało, możemy wam opowiedzieć, jeśli chcecie o tym wiedzieć. Doniesiono do rodzica, któremu wciąż brak dziedzica, by ze złota kazał odlać jak najszybciej dziecka postać. Niech ją szybko śle świętemu, by pomyślność zesłał jemu, ... 6413 Ballada o cysorzu Zbigniew Zamachowski midi mp3 info kup koszyk BALLADA O CYSORZU - Zbigniew Zamachowski (Muz.: Tadeusz Chyła, sł.: Andrzej Waligórski) Tonacja cis-moll Cysorz to ma klawe życie oraz wyżywienie klawe. Przede wszystkim już o świcie dają mu do łóżka kawę, a do kawy jajecznicę, a jak już podeżre zdrowo, to przynoszą mu w lektyce bardzo fajną cesarzową. Słychać bębny i fanfary, prezentują broń ułani. Posuń no się trochę, stary! - mówi najjaśniejsza pani. Potem ruch się robi w izbach, cysorz z łóżka wstaje letko, Siada sobie w złoty ... 7923 Ballada o doktorze Praszczadku Agata Cejba midi mp3 info kup koszyk BALLADA O DOKTORZE PRASZCZADKU - Agata Cejba Z repertuaru Kabaretu Starszych Panów (Muz.: Jerzy Wasowski, sł.: Jeremi Przybora) Tonacja b-moll Z narzeczonym doktorem Praszczadkiem Gdy z bukietem zapukał do drzwi Zgotowało mi szczęście biesiadkę Dobrobytu, miłości i czci Oj, zgotowało mi szczęście biesiadkę Dobrobytu, miłości i czci. Czci, czci, czci, czci... Za doktorem Praszczadkiem zamężna 'Śnię ja chyba - mawiałam - więc szczyp!' Więc mnie szczypał, a potem spieniężał Epidem... 4514 Ballada o Karolu (religijna) Zygmunt Kleszcz i Przyjaciele midi mp3 info kup koszyk BALLADA O KAROLU - Zygmunt Kleszcz i Przyjaciele (Muz.: Zygmunt Kleszcz, sł.: Zygmunt Kleszcz, Dorota Moskała, dzieci ZS w Barwałdzie Górnym) Chodził na Kalwarię Karol, chłopiec mały, i nie wiedział wtedy, że świat zwiedzi cały. Już, jako wikary i biskup krakowski, modlił się i prosił o wolność dla Polski. Chcemy, jak On, dobrym być, chcemy, jak On, pięknie żyć. Karol Wojtyła, przyjaciel dużych i małych... Chcemy we wszystkim naśladować Go. Karol Wojtyła, przyjaciel dużych i małych... 2595 Ballada o kataryniarzu No To Co midi mp3 info kup koszyk BALLADA O KATARYNIARZU - No To Co (Muz.: Jerzy Krzemiński, sł.: Piotr Janczerski) Kiedyś, przed laty, moje podwórko odwiedzał kataryniarz. Miał katarynkę, na niej papugę i pod oknami wygrywał. Miał katarynkę, na niej papugę i pod oknami wygrywał. Gdy jej właściciel zakręcił korbką, grała mu stare szlagiery o Czarnej Mańce, Franku z Targówka, zimą i w letnie wieczory. O Czarnej Mańce, Franku z Targówka, zimą i w letnie wieczory. / w s t a w k a instrumentalna / Mijały lat... 6308 Ballada o kataryniarzu Rena Rolska midi mp3 info kup koszyk BALLADA O KATARYNIARZU - Rena Rolska Tonacja g-moll Chodził kiedyś po Warszawie kataryniarz z kataryną, po Śniadeckich, po Żurawiej - każdą z bram na pamięć znał. Od podwórka do podwórka, żadnej bramy nie ominął, raz oberka, raz mazurka na swej katarynie grał. Ale jedną miał piosenkę, którą lubił grać najchętniej, zasłuchanym oficynom wtedy ręką dawał znak i po chwili stary walczyk po podwórzu tłukł się smętnie, a on razem z kataryną przyśpiewywał sobie tak: Warszawo, moja Warsz... 2497 Ballada o Marii Magdalenie (im) Venus (dp) midi mp3 info kup koszyk BALLADA O MARII MAGDALENIE - Venus (Muz. Zbigniew Nowak, sł.: M. Mikulin-Nowak) Zdarzyła się zwyczajna miłość, nie w Paryżu, Alabamie, San Francisco. On kochał ją, ot - i wszystko. Historia znana i stara tak, jak świat. Mario, o Mario, o Mario Magdaleno, jesteś moim niebem, jesteś moją ziemią! Mario, o Mario, ty zawsze bądź nadzieją, której tak na codzień zawsze bardzo brak. / podwyżka o pół tonu: / Zdarzyło się zwyczajne "żegnaj", porzuciła, odjechała, cóż - tak wyszło. On... 7075 Ballada o niebie i ziemi Anna German midi mp3 info kup koszyk BALLADA O NIEBIE I ZIEMI - Anna German (Muz.: Roman Czubaty, s?.: Jerzy Ficowski) Tonacja c-moll Otwarto drog? nam do gwiazd, ju? przyci?gania zrzucamy brzemi?, nadejdzie pora, przyjdzie czas porzuci? Ziemi?. cis-moll: Znajdziemy mo?e inny sens i inne szcz??cie b?dzie nam dane. I zapomnimy, zapomnimy gorycz kl?sk w?ród obcych planet. d-moll: A kiedy polecimy tam i za t?sknot? ruszymy w po?cig. za?wieci stara ziemia, za?wieci nam ?wiat?em mi?o?ci. Westchniemy: Ziemio, pus... 3559 Ballada o Oli (im) Dance Express midi mp3 info kup koszyk BALLADA O OLI - Dance Express (Muz. i słowa: Sebastian Skóra i Tomasz Drzewoski) Od prywatki do prywatki - tak mi czas upływa, w kącie jakiś koleś zawsze dogorywa, a ja bawię się świetnie, nic mi nie potrzeba, może tylko jakaś Ania, Marta, albo Ewa. Budzę się rano i zakładam spodnie, obok leży Ola - tuż koło mnie. Widzę niewyraźnie, prawie nic nie pamiętam, wczoraj chyba jakiś koleś wcisnął mi skręta... Ola - chodź strzelimy znowu gola! Ola - już przyszła na to pora... Ola - po... 4979 Ballada o Tolku Bananie Wilki midi mp3 info kup koszyk BALLADA O TOLKU BANANIE - Wilki (Muz.: Jerzy Matuszkiewicz, sł.: Adam Bahdaj) Stare miał dżinsy, starą koszulę, w dziurawych kamaszach szedł z odwagą w sercu, z dumą na twarzy, czy dobrze było, czy źle. / x 3. Gdzie świat szeroki, droga daleka pod dachem utkanym z gwiazd, księżyc mu kumplem, głód był kolegą. Tak przewędrował sto miast. / x 3. A potem odszedł, odszedł daleko, za siedem gór, siedem rzek, jednak o Tolku piosnka zostanie, czy chcecie wierzyć, czy nie. / x... 5113 Ballada o Waldim Tatusiu (dp) Boys midi mp3 info kup koszyk BALLADA O WALDIM TATUSIU - Boys (Muz. i sł.: Marcin Miller) Był sobie gość grubiutki, niewysoki, rodzinę miał, garściami życie brał. Lubili go i słynął w okolicy, że w karty grał i królem nafty siebie zwał. Wychodził w nocy pusty, bez pieniędzy, wracał, jak król - prezentów furę miał, nosiło go, był zawsze uśmiechnięty - i taki obraz pozostawił w sercach nam. Ach, Maryś moja, ach, Maryś moja miła, oj, nie płacz, tutaj też jest dobrze mi. Uśmiechnij się - masz jeszcze swego syna... 7171 Ballada pożegnalna na do widzenia Wołosatki midi mp3 info kup koszyk BALLADA POŻEGNALNA NA DO WIDZENIA - Wołosatki Tonacja G-dur INTRO: / instrumental / Pora już radosny kończyć śpiew, odejść stąd, przez szare życie nieść tę melodię ulotną, jak wiatr, w słowach tych zaklętych kilka prawd. To jest nasza ballada na DO WIDZENIA, na lepszy los, pogodny sen, przychylność gwiazd. Nim czas, złośliwy czas wszystko pozmienia, żegnamy was, żegnamy was. Nim czas, złośliwy czas wszystko pozmienia, żegnamy was, żegnamy was. uuuuuuuuu....... Jeszcze d... 2188 Ballada wagonowa ( Maryla Rodowicz (dance 2004) midi mp3 info kup koszyk BALLADA WAGONOWA - (Maryla Rodowicz) dance 2004 Pamiętam, był ogromny mróz (pamięta, był ogromny mróz) od Cheetaway do Syracuse. Pamiętam, był ogromny mróz (pamięta, był ogromny mróz) od Cheetaway do Syracuse. Sam diabeł szepnął: wietrze wiej (wiej) od Syracuse do Cheetaway. Sam diabeł szepnął: wietrze wiej (wietrze wiej, wietrze wiej) od Syracuse do Cheetaway. Trzech pasażerów pociąg wiózł (trzech pasażerów pociąg wiózł) od Cheetaway do Syracuse. (od Cheetaway do Syracuse) Trz... I go zawieźli do biura śledczego. Bajrum, tarira bajrum, tarira bajrum. Tarira raz, dwa trzy. A z biura śledczego wypuścić nie chcieli. Felka Zdankiewicza na kluczyk zamknęli. Bajrum, tarira bajrum, tarira bajrum. Tarira raz, dwa trzy. Lecz Feluś nie gapa, już nóż się otwiera. Przebił Czajkowskiego, na Fuchsa naciera. CZĘŚĆ PIERWSZARozdział 1Petronela skręciła za róg ulicy Smutnej. Stąpała ostrożnie po krzywym bruku, aż wreszcie dotarła do rodzinnej piekarni. Wiosenny wiatr wzmógł się znienacka i niczym fryzjer przeczesał pszeniczne włosy dziewczyny. Przygładziła je drobnymi palcami, po czym przesunęła zasuwę, która chodziła nieco opornie, i otworzyła szare okiennice. Ich skrzydła wsparły się o ściany kamienicy, w której mieściła się piekarnia Spalony Precel, sąsiadująca z apteką i Petronela weszła do środka, zadarła głowę ku niebu. Bure chmury zdawały się stać w miejscu, jak zawsze przesłaniając słońce. W Mieście nigdy nie widywano ani jego rażącej tarczy, ani błękitnej połaci nieboskłonu. Mówiło się, że to przez dym z komina spółdzielni mleczarskiej. Zakład usytuowany był w samym centrum, a miejscowość leżała w dolinie otoczonej lasem. Dlatego właśnie dym zawisał nad Miastem, otulał je niczym mgła nad bagnami. Mgła, która zdaje się nigdy nie przecierać. W tym przypadku było tak w światła, rozjaśniając wnętrze sklepu, na którego ścianach wisiały liczne czarno-białe fotografie rodziny Złudnych. Przodkowie pozowali, dzierżąc w dłoniach ogromne bochny chleba. Wszyscy prezentowali jednakowo posępne miny. Ale chyba najbardziej ponury wydawał się pradziadek Petroneli, którego portret wisiał w centralnym miejscu lokalu, tuż za ladą. Zmysław Złudny założył piekarnię w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku i zapoczątkował tym samym rodzinną tradycję. Dziś panna Złudna uważała, że w sumiastym wąsie było mu nie do twarzy, a na zdjęciu wygląda, jakby zaraz miał się rozpłakać i otrzeć łzy kawałkiem chleba. Może pojął, co zrobił kolejnym pokoleniom?, myślała za każdym razem, gdy tuż po wejściu do piekarni witała się z nestorem rodu grzecznościowym skinieniem firmowy fartuszek, związała włosy w kok i poszła na zaplecze, gdzie przez całą noc załoga przygotowywała pieczywo, by było gotowe na rano. Rumiane bochenki czekały już w skrzyniach, by zanieść je do sklepu.– Dzień dobry, Petronelo! – przywitał się pan Wojtek, uchylając furażerki. – To dziś jest ten dzień!Stary piekarz pracował dla jej ojca, Kazimierza Złudnego, od piętnastu lat. Do pomocy miał jeszcze dwóch piekarzy ciastowych i piecowych. Taka załoga wystarczała, by zaspokoić potrzeby klientów Spalonego Precla.– Miał nadejść, więc nadszedł – odparła. – Zanieście to chłopcy. – Wskazała na skrzynie. – I ułóżcie pieczywo na półkach. Zaraz w białych uniformach zabrali się do pracy. Petroneli wydawało się, że najstarszy z nich, Romek, przechodząc, musnął jej ramię, ale czym prędzej odrzuciła tę myśl. Kiedy towar został wyłożony, a zaplecze posprzątane, została w sklepie sama. Podeszła do drzwi i obróciła wiszącą na sznurku plakietkę, by od ulicy widoczny był napis „Otwarte”. Westchnęła przeciągle, po czym wróciła za ladę. I dopiero wtedy dostrzegła leżące przy kasie pudełko obwiązane firmową wstążką. Rozwiązała ją jednym pociągnięciem. W środku znajdowała się śmietankowa babeczka z liczbą dwadzieścia trzy na wierzchu, wykonaną z lukru. Urodzinowy prezent od załogi. Takich ciastek nie było w ofercie piekarni; Petronela domyśliła się, że upieczono je specjalnie dla niej. Nie dołączono żadnej kartki ani bilecika. W Mieście nie składano sobie życzeń, bo wszystkim wydawały się odsunęła wypiek na bok, gdyż do sklepu weszła właśnie pani Maryla. Zawsze pojawiała się pierwsza.– Moja Petronelo, co za ponury dzień! Wyobraź sobie, że zepsuł mi się czajnik – zaczęła od progu stara nauczycielka. – Nie mogłam napić się kawy! Na domiar złego czuję, że zaraz dopadnie mnie migrena – dodała, podchodząc do lady. – Cały dzień stracony! Jak ja wytrzymam w tym stanie na uroczystościach? Marnie to widzę.– Przykro mi. – Petronela sięgnęła po pieczywo, które zawsze kupowała stała klientka. – Mały chleb wieloziarnisty i dwie bułki grahamki – powiedziała, pakując wypieki do papierowej torebki z logo w kształcie precla.– Zbyt twarda skórka i dwie szybko się starzejące – mruknęła pani Maryla, sięgając po portfel. – Tak je określam – wyjaśniła bez cienia pretensji.– Może ma pani dzisiaj ochotę na coś innego?– Lepiej nie ryzykować rozczarowania, dziękuję. – Kobieta położyła banknot na plastikowej podstawce. – Wstąpię teraz do apteki, bo to migrena jak nic! Do zobaczenia wieczorem! O ile zobaczymy się w tym tłumie! – dodała, odbierając resztę i zakupy.– Mówią, że i tak nie będzie czego oglądać. Jak co roku! Jeśli pani źle się czuje, może śmiało zostać w domu.– To sześćset dziewięćdziesiąta dziewiąta rocznica założenia Miasta. Nie spodziewam się niczego po tej uroczystości, ale wypada się pojawić – podsumowała nauczycielka, opuszczając nie myślała zbyt dużo o dzisiejszym festynie z okazji miejskiego jubileuszu. Bardziej zajmowała ją kolacja, na którą została zaproszona przez rodziców. To na niej miała zostać oficjalnie przypieczętowana jej przyszłość. Wcześniejsze pokolenia Złudnych czekały na tę okazję ze spokojem, jak na przeznaczenie, którego nie da się uniknąć. Ją jednak trapił niepokój. Także to sprawiało, że czuła się odmieńcem. Ale ten dzień mógł potoczyć się jeszcze odrobinę inaczej. Liczyła na to. W końcu były jej podeszła do drzwi. Wyglądała na zewnątrz, co jakiś czas rzucając okiem na niewielki zegarek na swoim przegubie. Około siódmej trzydzieści powinna zobaczyć, jak Jerzy zmierza na rowerze do redakcji „Złych Nowin”, która mieściła się trzy przecznice dalej. Młody dziennikarz wstępował czasem do piekarni po bułki. Petronela uważała, że w tych swoich nieokiełznanych ciemnych włosach i luźnych swetrach wygląda niebywale swobodnie. Zupełnie inaczej niż inni. Niż wszyscy w tym mieście. Pewnie dlatego zwróciła na niego w polu jej widzenia pojawiło się koło ze szprychami. Jest!, wstrzymała oddech. Jednak rower nie zwolnił, tylko przemknął po bruku jak strzała. Dzwonek na kierownicy pobrzękiwał nerwowo. Nawet się nie obejrzał…, zawiedziona Petronela przykleiła nos do szyby. A więc wtedy to było tylko nic nieznaczące pytanie…, zadumała trzy tygodnie, sześć dni, dwanaście godzin i cztery minuty wcześniej Jerzy kupił w jej piekarni cebulankę i wgryzł się w nią natychmiast.– Jestem głodny jak wilk! – oświadczył z pełnymi ustami. – Ta sprawa grasującego mordercy nie daje nam wytchnienia. Nie mam nawet czasu jeść. Policja jest opieszała i nieporadna. Myśleli, że mają to z głowy, a tu proszę…– Ma pan rację, to okropne.– Pan? – Zmrużył oczy. – Chyba jesteśmy w podobnym wieku. Jak ci na imię? Jeśli to nie tajemnica.– Petronela – odparła cicho, a on wyciągnął do niej rękę. Wymienili uścisk dłoni.– Jurek. Ratujesz mnie przed śmiercią głodową, Pet! Mogę tak do ciebie mówić? Może wybierzemy się kiedyś na kawę?– Tak i… Tak – powiedziała z łopotem serca. Gdy wyszedł, pomyślała, że po raz pierwszy w życiu usłyszała zdrobnienie swojego imienia. I choć nie była przekonana co do brzmienia skrótu, poczuła, że łączy ich coś mimo że od tamtego czasu Jerzy pojawiał się w piekarni jeszcze kilkakrotnie, żadna konkretna propozycja nie padła. Petronela codziennie wyrzucała sobie swoją lapidarność. Uważała, że do podwójnego „tak” mogła dodać jeszcze jakieś inne słowa, żeby miał pewność, że jest tym wyjściem naprawdę zainteresowana. Ale zegara już nie można było rozmyślań o spotkaniu w kawiarni wyrwała ją pani Gabriela. Właścicielka księgarni, która mieściła się w rynku, przyszła do sklepu sama. A to było nietypowe. Zazwyczaj towarzyszyła jej wnuczka, sześcioletnia swojej ostatniej wizyty kobieta opowiedziała, jakie książki kupił u niej urzędnik pocztowy, ostatnia ofiara mordercy.– Zbrodnia i kara! Na kilka godzin przed śmiercią! Czy to nie wymowne?– To pewnie zwykły przypadek – stwierdziła Petronela.– Ależ co pani? To los! Fatum, przeznaczenie! Ono wisi tutaj nad nami wszystkimi. Pamiętam, że jak byłam jeszcze… O taka, jak moja Alunia. – Wskazała na dziecko. – Próbowałam dowiedzieć się od mamy, dlaczego sąsiedzi nigdy się nie śmieją, a pani przedszkolanka ciągle narzeka. Nie rozumiałam tego. Ale teraz wszystko jest dla mnie się ożywiła.– Naprawdę?– Oczywiście! To następowało stopniowo. Pewnego dnia dostrzegłam, że moje rysunki wcale nie są ładne, tak jak wcześniej myślałam. Że zupełnie nie potrafię śpiewać. Mam krzywe nogi! O, proszę spojrzeć. – Pani Gabriela zadarła spódnicę. – I wysokie czoło! – Uniosła grzywkę. – Nie mam żadnego talentu, nie jestem wyjątkowa. Zaczęłam pojmować, co powtarzali mi rodzice. „Na każdym kroku czeka na nas zawód. Nie ma lepszej przyszłości! I nie należy jej wyczekiwać”.Petronela pomyślała wtedy o swoich marzeniach. W wieku zbliżonym do Alicji pragnęła zostać baletnicą. Wyobrażała sobie, że będzie wirować po scenie w trykocie i tiulowej spódnicy, jednak rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Na Złudnych był plan i w żadnym razie nie obejmował baletu.– Poza tym na przedstawienia mało kto chodzi – wyjaśniła jej pewnego wieczoru matka, gdy kładła ją spać. – Tańczyłabyś, dziecko, przed pustą widownią. A w naszej piekarni zawsze są powitała panią Gabrielę.– Dawno pani do nas nie zaglądała – zauważyła.– Tak jakoś wyszło – bąknęła kobieta.– Dzisiaj bez wnuczki?– Niestety. Trzy pszenne bułki poproszę – się jakaś nieswoja.– Denerwuje się pani dzisiejszym występem, czy tak? – zagadnęła Petronela.– Zgadza się – odparła niemrawo rozumiała jej nastrój. Nie wiedziała, czy chciałaby znaleźć się w jej dnia burmistrz odwiedził panią Gabrysię w księgarni i poprosił o przysługę. Pragnął, aby na jubileuszu wyrecytowała wiersz jego autorstwa.– Siebie samego niezręcznie deklamować. A pani, jak by nie było, siedzi w temacie – sklepu poczerwieniała.– Może nie trzeba było rozwiązywać domu kultury? Miałby kto się tym zająć.– Po co nam artyści, droga pani?! Nawiasem mówiąc, od kiedy tenor oszalał, nie miałem już żadnych wątpliwości. – Burmistrz wyciągnął kartkę z kieszeni marynarki. – Skleciłem tych kilka strof, którymi nikt się nie zachwyci, a pani by je przedstawiła. Tylko o to proszę. – Podał w prośbie nie było śladu presji, pani Gabriela i tak zarwała przez nią niejedną noc. Za każdym razem w wyobraźni widziała tłum zgromadzony na rynku. I tysiące skierowanych na nią oczu. A ona przecież nie ma żadnego talentu. I oni wszyscy bardzo dobrze to wiedzą.– To tylko trema – odezwała się Petronela.– Zapewne – przytaknęła pani Gabriela. Zapłaciła za bułki i ruszyła do wyjścia. – Do widzenia!– Do widzenia. I proszę na siebie uważać! Wszyscy musimy być ostrożni, dopóki nie złapią tego nieraz myślała o tajemniczym napastniku. Sprawa była nader zagadkowa, gdyż nigdy nie znaleziono ciała żadnej ofiary. Tylko plamy krwi. Po mieście krążyły plotki, że może sprawca jest kanibalem. Rozpowszechniano też wersję, że to wcale nie człowiek, tylko wygłodniałe zwierzę. Te ostatnie domysły ostatecznie obalono, gdy w domu urzędnika pocztowego zabezpieczono ślady sportowych butów. Petronela pilnie śledziła doniesienia. Nie dlatego, że się bała. Czytała te informacje, bo spora ich część wychodziła spod pióra Jerzego Klopsa. Pierwszą zbrodnię popełniono cztery lata wcześniej. Ofiarą była wówczas pracownica magla, po niej krawiec, a później właścicielka kawiarni. Nic ich nie łączyło. Trudno też było znaleźć motyw. Wysnuto więc podejrzenie, że sprawca zabija dla wynaturzonej przyjemności. Teraz Miasto ponownie drżało. Po zniknięciu kolejnej osoby media spekulowały, że w mordercy znów obudziła się psychopatyczna żądza krwi. Policja zaś brała pod uwagę działania trakcie jednej z wizyt w piekarni Jerzy powiedział Petroneli, że zapytał komendanta Bubla, dlaczego policja wysnuwa taki wniosek, skoro dotąd nie zatrzymano sprawcy. W odpowiedzi usłyszał tylko, że to tajemnica śledztwa i dla dobra sprawy nie można ujawnić szczegółów.– I co ty na to, Pet? – zagadnął. Dziewczyna nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy dodał: – Już wtedy powinni Bubla usunąć! Ale jeśli policja znowu zawiedzie, jego dni są policzone.– To okropna historia – stwierdziła.– Strach pomyśleć, co ten zwyrodnialec robi z tymi wszystkimi ciałami!Matka Petroneli każdego ranka ostrzegała ją, żeby zwracać uwagę na ludzi, którzy odwiedzają sklep. Uczuliła córkę, aby uciekała przez zaplecze, jeśli tylko pojawi się ktoś podejrzany. Petronela nie miała pojęcia, jakich cech powinna wypatrywać przy typowaniu potencjalnego mordercy. Czy zwracać uwagę na przekrwione oczy, zbytnią nerwowość czy może raczej przesadny spokój? Przez to czuwanie każdy dzień niemiłosiernie się jej dłużył.– Weź te kwiaty! – Emilia wręczyła bratu bukiet tulipanów. – Idź do niej sam. Ja za chwilę patrzył niepewnie na bukiet. Miał nietęgą minę. Chciał wejść do piekarni, ale w stalowe uściski chwyciła go nieśmiałość.– A co, jeśli odmówi? – zapytał.– Przynajmniej wszystko będzie jasne. Ale zacznij od powinszowań z okazji przygładził grzywkę, która tworzyła miękką falę nad czołem, i uścisnął dłoń siostry. Byli bliźniakami, więc dobrze wiedział, że ona doskonale odczytuje jego Petronelą znali się od liceum. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, serce od razu zabiło mu szybciej. Choć od tego momentu minęło siedem lat, wciąż trzymał swój afekt w na klamkę. Nad jego głową zadźwięczał dzwonek.– Cześć, Petronelo! – Powoli podszedł do lady. – To z okazji twoich urodzin. – Podał bukiet.– Dziękuję za pamięć. A gdzie Emilka?– Zaraz przyjdzie. Jak się czujesz? W końcu to twój powąchała kwiaty.– To tylko liczby. Nic niezwykłego. – Spojrzała na zegarek. Dochodziła osiemnasta. – Mam nadzieję, że Emilka się nie spóźni. Zaraz zaczyna się wpatrywał się w przyjaciółkę.– Posłuchaj… – odezwał się przejęty. – Chciałbym zaprosić cię na spacer nad rzekę. Później moglibyśmy pójść na obiad. Masz czas w niedzielę? – zakończył, powstrzymując ćwiczył tę kwestię przed lustrem. Zazwyczaj wychodziła mu Petroneli, która niecierpliwie wpatrywała się we wskazówki, słowa kolegi dotarły z opóźnieniem. Przemknęło jej przez myśl pytanie, dlaczego proponuje jej spacer bulwarem, skoro to miejsce odwiedzają głównie pary, i zamarła.– Chcesz iść na bulwar? – wykrztusiła. – Ze mną?– Dotąd nie miałem odwagi, by cię zaprosić. – Speszył Petronelę, bo Emilka nie pisnęła jej o tym choćby słówkiem. Ona sama uważała, że Adrian jest w porządku. Był inteligentny i dobrze sobie radził jako początkujący księgowy. Był tylko zbyt podobny z wyglądu do siostry. Miał subtelną urodę, a jego fizyczność korespondowała z wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu to był brat jej najlepszej koleżanki. Nie chciała go zranić. Tymczasem Adrian stał przy ladzie i czekał na jej się jej scena z dzisiejszego poranka, przemykający na rowerze obok piekarni Jerzy, który nawet się nie obejrzał. Od tygodni nie ponowił zaproszenia na kawę. Ta myśl ją zezłościła.– Czemu nie. Możemy się umówić – odparła pewnym chłopaka rozbłysły.– Naprawdę? A już myślałem, że nie chcesz!Dzwonek nad drzwiami odezwał się ponownie, weszła Emilia. Przeprosiła za spóźnienie i wręczyła prezent jubilatce.– Nie trzeba było – powiedziała uścisnęła ją, dodając, że ma nadzieję, iż podarunek okaże się użyteczny. W oczach brata dostrzegła, że wszystko poszło po jego otworzyła pudełko, z którego wyjęła fartuch z wyszytym złotą nicią preclem.– Wiemy, co wydarza się u Złudnych w dniu dwudziestych trzecich urodzin. Uznaliśmy, że taki podarunek będzie adekwatny – wyjaśniła powiodła palcami po misternym hafcie.– Dziękuję. Bardzo się sobie relację z Emilką, choć nie mówiła przyjaciółce wszystkiego. Na przykład tego, że nie podoba się jej własna przyszłość w Spalonym Preclu. Podejrzewała, że przyjaciółka jej nie zrozumie, jako że pracowała w rodzinnej kwiaciarni, którą miała kiedyś przejąć. Petronela od lat utwierdzała się w przekonaniu, że w tym mieście nie ma ani jednej osoby, która czułaby podobnie jak przechadzał się za kulisami. Na jego łysej głowie pojawiły się krople potu. Zawsze tak reagował na się wzmagał, na rynku wrzało jak w ulu. To był znak, że mieszkańcy licznie przybyli na miejski jubileusz. Gdy Stanisław Sromotny wyjrzał zza kulis, by przekonać się o tym naocznie, wpadł w popłoch, wcale nie mniejszy niż większość osób, które oczekiwały na swój występ. Być może aż tak nie przejmowałby się uroczystością, gdyby nie fakt, że ten rok był rokiem styczniu, gdy burmistrz siedział w pijalni piwa, zajadając pieczoną białą kiełbasę, czuł ulgę, że jest piątek i że wreszcie odpocznie. Ale wtedy pojawił się Mirosław Szlam, prezes spółdzielni mleczarskiej. Zdjął kapelusz, rozpiął marynarkę, która opinała jego wydatny brzuch, i odezwał się chropawym głosem:– Pan burmistrz pozwoli, że się przysiądę?Sromotny wskazał mu krzesło. Szlam zamówił piwo i taką samą kiełbasę, tyle że z dużą ilością duszonej cebuli. A potem powiedział coś przerażającego:– W wyborach będziemy otarł wierzchem dłoni resztki piwnej piany, która osiadła na jego siwiejących wąsach. Starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo to zdanie nim wstrząsnęło.– Pan… Pan do polityki? Skąd ten pomysł? Przecież ma pan swoje sery.– Chcę służyć. Miastu i uśmiechnął się kpiąco.– Dobre sobie!– Chyba wszyscy idący do władzy mają taki cel? Tylko mało kto dotrzymuje obietnic – podkreślił prezes.– Do mnie pan pijesz?! Tutaj nie sposób przeskoczyć pewnych spraw!– Kto wie? Może będę miał okazję się o tym przekonać – odparł Szlam, przysuwając sobie talerz z kiełbasą, który właśnie postawiła przed nimi przysadzista barmanka. W powietrzu rozszedł się słodkawy zapach tamtej chwili Sromotnemu nie najlepiej się Stanisław wiedział, że Szlam jest człowiekiem czynu, i nie wątpił, że wystartuje w wyborach. Wszystko na to wskazywało. A w szczególności działania w jego spółdzielni. Firma z okazji miejskiego jubileuszu wypuściła nowy rodzaj sera, a burmistrz uznał, że to zawoalowany komunikat przeznaczony dla niego, bo ser był z dodatkiem cebuli. Gest spotkał się z przychylnością klientów. Od dzisiaj zaś, przez cały weekend, na specjalnym straganie przy rynku można było nabyć produkty spółdzielni po atrakcyjnych cenach. Do każdego jubileuszowego wyrobu dodawano płócienną torbę z napisem: „Miasto – 699 lat! Czas na zmiany!”.Alina, żona burmistrza, uważała, że mąż przesadza, odmawiając spożywania produktów spółdzielni. Jednak Sromotny trzymał się tego już kolejny miesiąc. Wzdrygnął się na widok kolejki uformowanej przy straganie Szlama. Mimo że starał się lekceważyć go jako konkurenta, ogarnął go niepokój, gdy dostrzegł go naprzeciwko sceny, pośród reszty zniecierpliwionych ludzi. Poczuł jeszcze większy ciężar odpowiedzialności i postanowił wesprzeć na duchu wszystkich zaangażowanych do dzisiejszych ławeczkach siedziała liczna grupa członków klubu seniora. Na głowach mieli słomkowe kapelusze, w rękach bałałajki. Ich miny wydały się burmistrzowi nader niepokojące.– I jak, drodzy państwo? Gotowi? – zagaił, podchodząc staruszek wskazał na gryf.– W moim instrumencie pękła struna.– Nie ma pan zapasowej? – zdumiał się Sromotny.– Nie przy sobie.– To niech pan markuje. I śpiewa za dwóch!Mężczyzna wzruszył ramionami. Siedząca obok niego kobieta w okularach poprawiła kapelusz.– Kto będzie występował, jak my pomrzemy?Kolega z zespołu spojrzał na nią krytycznie.– Już się starzeją kolejni. Nie jesteś taka niezastąpiona!– Tylko ilu z nich potrafi grać na bałałajce? – zauważył właściciel instrumentu, nawijając sterczącą strunę na Stanisław nie był gotów na takie rozważania, więc powrócił do rzeczy.– Czyli zaczynamy od Góralu, czy ci nie żal? – zapytał.– Zastanawiam się, dlaczego akurat ten utwór? – odezwała się jedna z kobiet. – Nie ma u nas przecież żadnych gór.– To odpowiednio rzewna i smutna piosenka – wyjaśnił pan Staszek. – Opowiada o przywiązaniu do korzeni. W sam raz na jubileusz!– Ale tak na początek od razu z tym żalem? – drążyła. – Może lepiej niech zacznie pani Gabriela? Podobno ma deklamować wziął się pod boki.– Widzę, że mamy do czynienia z tremą pełną gębą! Tylko bez paniki. Idziemy według planu! – uspokoił i ruszył ku orkiestrze mężczyźni w mundurach prezentowali się dostojnie. Występ nie był dla zespołu pierwszyzną, jednak tym razem wśród muzyków panował popłoch. Prawdopodobnie dlatego, że burmistrz poprosił kapelmistrza, aby występ wzbogacono o choreografię.– I jak, panie Władku? – Sromotny uścisnął dłoń kierownika orkiestry. – Zaskoczymy wszystkich?– To z pewnością – mruknął niezadowolony tym momencie podszedł do nich kierownik artystyczny i oznajmił, że wszystko jest już miało rozpocząć wystąpienie burmistrza, dlatego pan Staszek został poproszony o ustawienie się przy schodach wiodących na scenę. Powtarzał w myślach przygotowaną mowę. Znowu ogarnął go niepokój, powróciło dziwne przeczucie. Rozejrzał się po ludziach kręcących się za kulisami i zawołał kierownika.– Gdzie, u licha, jest pani Gabriela?!Kierownik obrzucił spojrzeniem ekipę. Byli staruszkowie, strażacy i dziecięca szkółka akrobatyczna.– Nie wiem. – Podrapał się po czole. – Faktycznie jakoś nigdzie jej… Dorka! – zawołał asystentkę. – Mamy panią Gabrysię?Rozpoczęła się bieganina. Sprawdzono przenośną toaletę, miejsce przy ekipie technicznej, prowizoryczną szatnię. Zajrzano też pod stół z cateringiem.– Panie burmistrzu, nie możemy jej znaleźć! – oznajmiła Dorka, po czym spojrzała w harmonogram występów. – W takim razie może to pan wyrecytuje ten wiersz?Sromotny pomyślał o Szlamie i oczami wyobraźni zobaczył, jak konkurent zaciera ręce. Pot jeszcze gęściej zrosił jego urzędnicze czoło.– Sprawdźcie, czy jest w księgarni! – 2Petronela stała z przyjaciółmi w tłumie stłoczonym przed sceną. Było głośno i duszno. Strażacka orkiestra właśnie zakończyła występ, podrzuciwszy czapki. Widzowie klaskali anemicznie. Wprawdzie popularny w mieście zespół rozpoczął swoje popisy z mocą godną orkiestry dętej, ale zaraz potem muzycy zaczęli przemieszczać się chaotycznie, obracać, podskakiwać i wpadać na siebie. Z tego wszystkiego niektórzy przestawali grać. A ogniomistrzowi wypadł z rąk obój.– Przykro na to patrzeć – podsumowała Emilia, gdy strażacy wreszcie zeszli ze sceny. – Nigdy dotąd nie tańczyli.– I chyba nie powinni byli tego robić. – Petronela współczuła poczerwieniałemu oboiście.– Ale czy pani Gabrysia nie miała występować? – zainteresowała się przytaknęła.– Była u mnie dzisiaj. Wyglądała na stremowaną. Może jej kolej jest po dzieciach? – Wskazała na grupę akrobatyczną, która właśnie wbiegła na scenę, i zwróciła się do przyjaciół: – Słuchajcie, to ja już pójdę.– Dlaczego tak wcześnie? – zdziwił się Adrian.– Chcę się przejść przed kolacją z rodzicami. Mam jeszcze trochę zamierzał coś powiedzieć, ale siostra zgromiła go wzrokiem. Rozumiała, że przyjaciółka potrzebuje pożegnała się, po czym zaczęła się przeciskać między ludźmi. Zastanawiała się, czy będzie w stanie powiedzieć rodzicom raz po raz przecierał chusteczką mokre czoło. W jego głowie kotłowały się wersy Ody do Miasta. A w wyobraźni już widział swoje biurko w urzędzie zastawione serami, a na krześle Szlama zajadającego białą kiełbasę.– To się nie może wydać! – mamrotał jak Bubel, który przed chwilą poinformował go o zaistniałej sytuacji, minę miał nietęgą.– Ale jak to tak, panie Sromotny? Mamy milczeć?– Przynajmniej przez weekend! Chce pan zrujnować jubileusz? Ludzie wpadną w panikę, zamkną się w domach! Tego pan chce?Bubel zdecydowanie nie chciał. Wolałby ustawić się w kolejce po płócienną torbę z rocznicowym logo, ale życie złośliwie rzuciło mu kłody pod nogi. Odkręcił żółty termos, który jak zawsze miał ze sobą, i upił łyk zupy ogórkowej. Pochwycił zdegustowane spojrzenie burmistrza i zaczął podejrzewać, że ten, jak inni, ma go za dziwaka. Ale nie potrafił nic poradzić na to, że od zawsze znajdował pocieszenie wyłącznie w chłopcy stawili się na wezwanie po kilku minutach. Na podłodze księgarni zastali kałużę krwi. Wszystko wskazywało na to, że tym razem ofiarą mordercy padła pani Gabriela. Komendant zmartwił się, że znów dopadną go dziennikarze i zasypią pytaniami, na które nie będzie znał odpowiedzi. Właśnie dlatego obiecał burmistrzowi, że do poniedziałku utrzyma tę sprawę w tajemnicy. Skoro nie ma ciała i nikt nie zgłosił zaginięcia, to formalnie jestem kryty, pomyślał, zakręcając termos.– Tak będzie lepiej dla wszystkich. Tylko uprzedźcie jej rodzinę i wyjaśnijcie, hm, powody – dodał mu tylko odrobinę. Wiedział, że Szlamowi taka afera podczas uroczystości byłaby na rękę. Mógłby podkreślać, że nie ma powodów do świętowania, skoro mieszkańcy nie mogą czuć się bezpieczni pod rządami obecnie urzędującej władzy. Było mu żal poczciwej pani Gabrieli, ale chyba jeszcze bardziej samego siebie. Ona bowiem miała już święty spokój, a on konkurenta na karku, sprawę mordercy i jeszcze wiersz do ponownie pojawiła się Dorka.– To jak, panie burmistrzu? Znalazła się pani Gabrysia?Zaprzeczył, zgniatając w dłoni chusteczkę.– Czyli będzie pan recytować?Sromotny przełknął ślinę.– Nie będzie żadnych deklamacji! Kończymy wspólnym odśpiewaniem hymnu ponownie zerknęła w plan imprezy.– Ale tu tego nie ma…– Już jest! Niech orkiestra się szykuje! Ale mają wyłącznie grać! Żadnych tańców! – zarządził burmistrz, po czym ruszył do kierownika obsługi, by ustalić, kogo z zespołu oddelegowano do księgarni. Trzeba było i jemu zamknąć usta na Złudny uniósł kieliszek z szampanem. Spojrzał na córkę, potem na żonę.– To dla naszej rodziny uroczysty dzień – oświadczył. – Odkąd pojawiłaś się na świecie, Petronelo, wiedzieliśmy, że kiedyś że ojciec mówi zmienionym głosem. Jakby miał watę w ustach. Nigdy nie słyszała u niego podobnego tonu. Może tylko raz, na pogrzebie dziadka. Wtedy tato był także podobnie odświętny. Miał na sobie najlepszy garnitur i krawat.– Córeczko, kończysz dwadzieścia trzy lata, a w naszej rodzinie to wiek symboliczny – kontynuował pan Kazimierz. – To moment, kiedy Spalony Precel trafia w ręce kolejnego pokolenia. Dzisiaj przekazuję ci piekarnię. W poniedziałek pójdziemy do notariusza i dopełnimy formalności. Mamy z mamą nadzieję, że ta piekarnia stanie się dla ciebie tym, czym była dla stuknęli się kieliszkami. Pani Bogna przetarła oczy. Pamiętała doskonale, zupełnie jakby to było wczoraj, jak pędziła z mężem na porodówkę. Uścisnęła dłoń swojemu dziecku.– Jesteśmy pewni, że pod twoją opieką rodzinna firma będzie bezpieczna – powiedziała, kładąc na stole obite aksamitem pudełeczko. – To taki drobiazg od nas, żeby zawsze przypominał ci o tym otworzyła. W środku znalazła łańcuszek ze złotą zawieszką w kształcie precla.– Dziękuję, to wyjątkowa pamiątka – zwróciła się do że są bardzo przejęci. Pomyślała, że choć i tak od lat pracuje w piekarni, teraz wszystko będzie już oficjalne. Od poniedziałku zacznie ubrana w fartuch od przyjaciół i ze złotą zawieszką na szyi. Będzie mieć precel na piersi, na dekolcie, na szyldzie nad głową. Tyle że nie będzie go mieć w sercu. Nikt tego nie podejrzewał. Prawdopodobnie dlatego, że w Mieście o takich sprawach się nie rozmawiało, tylko robiło się co należy. Wypełniało obowiązki.– Wyglądasz dość niewyraźnie – zauważyła matka.– Pewnie jest przejęta. – Pan Kazimierz dał znać kelnerowi, że ten może podać menu. – Ja też byłem. Dobrze to pamiętam!– Ale widzicie, jest trochę inaczej… – zaczęła Petronela. – Bo ja wcale nie jestem pewna, czy powinnam przejąć spojrzała zdezorientowana, zamyślony nagle ojciec pokiwał głową. W piersi Petroneli zatlił się żar nadziei. Może go nie doceniłam?, pomyślała. Zaraz się okaże, że rodzina Złudnych to przynajmniej dwie osoby, które czują coś więcej niż tylko przygnębienie, rezygnację i smutek.– Bo widzisz, tato… – podjęła, ale ojciec uniósł dłoń, by jej przerwać.– Uspokoję cię, drogie dziecko. Powtórzyłaś słowa, które lata temu wypowiedziałem do swojego ojca. Ja także miałem obawy. A to dlatego, że nie sądziłem, iż mogę poprowadzić ten biznes tak sprawnie jak mój poprzednik. Ale ja nie mam wobec ciebie żadnych ustach Petroneli pojawił się nieokreślony grymas. Nadzieja się rozwiała. Porozumienie dusz jednak nie istnieje, stwierdziła, spoglądając na matkę. Może ona? Może ona okaże się portem, do którego można przybić?Pani Bogna odebrała od kelnera kartę dań.– Nie było na ciebie żadnych skarg, a to najlepszy dowód, że jesteś do tego stworzona! – powiedziała. – I wybierzmy wreszcie coś do jedzenia. Jestem taka głodna!Burmistrz siedział w fotelu w salonie z zimnym okładem na czole, który właśnie zaaplikowała mu żona.– No, powiedz wreszcie! – zagadnęła przejęta. – Jak rodzina pani Gabrieli?– Są wstrząśnięci. Zrozpaczeni!– Ale obiecali, że na razie będą milczeć?– Tak. Jej córka powiedziała, że wykorzystają ten czas, by przygotować małą Alicję na tę wiadomość. Policja wmówiła im, że to dla dobra śledztwa. Liczy, że morderca popełni jakiś Stanisław czuł wyczerpanie. To sapał, to wzdychał, na zmianę. Wiele nerwów kosztowała go jubileuszowa impreza, a teraz jeszcze to. Przynajmniej ulżyło mu na wieść, że do księgarni na zwiady wysłano Bolka z działu technicznego. To wiele ułatwiło. A zaoferowany karnet na basen wymazał z pamięci pobyt na miejscu to burmistrz się martwił. Słyszał przecież opinie po koncercie i choć był na nie przygotowany, nie było mu lekko. Mieszkańców zawiodły bałałajki, a już najbardziej strażacki taniec. Za to płócienne torby Szlama cieszyły się sporym powodzeniem. Ludzie nigdy nie przestaną sprawiać mi zawodu, Alina, zafrasowana nastrojem męża, wetknęła mu w dłoń kieliszek koniaku.– Szkoda mi tej biedaczki, taka tragedia… Ale to pech, że nikt nie usłyszał twojego wiersza.– Widać tak miało być – bąknął Sromotny, kryjąc zmieszanie.– Może teraz go zadeklamujesz? Dla się w fotelu. Upił łyk alkoholu i objął kieliszek dłońmi, jakby trzymał w nich niemal siedemsetletnie Miasto. Zaczął przyciszonym dom, a nad nim nie ma słońca. Dachem – gruby plaster szarych, ciężkich chmur. Za ściany mamy ból. Mój ból, twój ból. Nasz ból. Mieszkamy w nim wszyscy, jak strach, obawa, znój. Tu nigdy nie będzie lepiej. I nikt już na to nie czeka. Żeby wyglądać jutra, trzeba wierzyć w człowieka. Lepimy więc nasze dni, kopiując je bezustannie. Wciąż są z tej samej gliny, nasz los kończy się marnie. O Miasto! Wzniesione na ziemi, która oddychaniewiarą. Nad tobą pląsa dym, jak wstęga, długi sznur. Zaciska się i dusi. Mój ból, twój ból. Nasz ból. Do skóry przylega ze smutku spleciony strój. Tu nigdy nie będzie lepiej. I nikt już na to nie czeka. Czas się ciągnie przewlekle jak długa spokojna rzeka. Spadają dni z kalendarza, a my je wszystkie spędzimy w tym stroju, co przywarł na stałe, i nic już w nim nie wyjęła mu z dłoni kieliszek i opróżniła jednym haustem. Myślała o pani Gabrieli, o mieszkańcach Miasta, o swoim mężu, o dorosłych już dzieciach, które zawsze przychodzą z wizytą nieco przygarbione. Rozmyślała też o sobie. O kolejnych pokoleniach. Co tu poradzić?, zastanowiła się. Odkręciła koniak i uzupełniła zawartość kieliszka.– To dobrze, że nikt tego nie słyszał – mruknęła.– Tak uważasz? – Burmistrz spojrzał spod oka.– To nie jest utwór na rok wyborczy. – Potarła skronie. – Nawet jeżeli jest prawdziwy. I nawet jeśli wszyscy tak czujemy i tak samo Złudnych wróciła do domu. Pan Kazimierz zaproponował wieczorną herbatę. Petronela odmówiła, tłumacząc, że jest zmęczona i wcześniej się położy.– Dzień pełen wrażeń, prawda? – Matka pocałowała ją w czoło. Zupełnie jak wtedy, gdy Petronela była małą rodzicom dobrej nocy i poszła na w którym żyli, mieścił się na ulicy Przykrej. Zbudował go pradziadek Zmysław. Teraz mieszkali w nim tylko we troje, ale Petronela podejrzewała, że rodzice liczą, że kiedyś budynek zapełni się na nowo. Ona jednak uważała, że jeśli w postawie Jerzego nie nastąpi zmiana, rodzice doznają bolesnego ten dom. Uważała, że jest przytulny. Do tego stał w cichej okolicy, a latem ogród był pełen kolorów. Przekroczyła próg swojego pokoju i odetchnęła. Mimo że meble były trochę przestarzałe, tutaj czuła się najlepiej. Opadła na łóżko. W głowie wciąż miała gwar rozmów, które toczyły się przy sąsiednich stolikach w restauracji. Choć nie było to zbyt grzeczne, często przysłuchiwała się ludziom. Głównie narzekali. Na pogodę, pracę, jedzenie, rodzinę czy dziurawe ulice. Ale Petronela nie przestawała czujnie wyczekiwać. Liczyła, że kiedyś wreszcie usłyszy ten jeden, odmienny głos. Podobny do tego, który rozlegał się w jej własnej nieskończenie naiwna, stwierdziła, wtulając się w że dzień jej urodzin przebiegnie zupełnie inaczej od innych, ale tak się nie stało. Kolejne rozczarowanie dołączyło do całego szpaleru wcześniejszych. Petronela zamknęła oczy i pod powiekami poczuła znajome łaskotanie. Próbowała je cofnąć, znów nie pojawił się w piekarni, westchnęła. Wbrew sobie zgodziłam się na spacer z Adrianem i obejrzałam przygnębiającą miejską uroczystość. Do tego zostałam właścicielką sklepu, którego nie chcę i który będę prowadzić już zawsze. Do czasu, aż przekażę piekarnię swojemu dziecku, kiedy ono skończy dwadzieścia trzy lata. Jakie to przygnębiające!, otarła łzy spływające po policzku. A może faktycznie oni wszyscy mają rację?Przysypiała już, gdy jej uszu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby uderzenie o szybę. Zaintrygowana spojrzała na okno. Coś załopotało, a potem zaczęło miarowo stukać w parapet. Zauważyła kształt przypominający ptaka. Wstała z łóżka i ostrożnie podeszła bliżej. Na parapecie siedział biały gołąb. Na jej widok zastygł. Przypatrywał się badawczo.– Cześć, mały – szepnęła. – Co tu robisz? I to o tej porze?Ptak zrobił dwa kroki w bok. Nie spuszczał z niej wzroku.– Spokojnie, przecież nie zamierzam cię poruszył głową i zagruchał. Zachęcona Petronela chwyciła za klamkę i powoli odemknęła okno. Starała się nie przestraszyć pierzastego gościa. Zaintrygowała ją ta wizyta. Nigdy dotąd nie widziała gołębia o takim upierzeniu. Otworzyła okno szerzej, ale ptak rozpostarł skrzydła, a potem wzbił się wysoko. Śledziła jego lot. Wylądował na latarni po przeciwnej stronie ulicy. Pomachała do niego, jakby licząc, że odpowie tym pokoju wkradło się chłodne powietrze, więc w końcu zamknęła nocy miała sen. Inny od wszystkich w całym jej życiu. Latała nad Miastem na białym gołębiu. Nad Miastem, które jednak wyglądało zupełnie 3Dalsza część dostępna w wersji pełnejSpis treści:OkładkaKarta tytułowaCZĘŚĆ PIERWSZARozdział 1Rozdział 2Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 CZĘŚĆ DRUGA Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25 Rozdział 26 Copyright © Agata Kołakowska, 2022PROJEKT OKŁADKIIlona Gostyńska-RymkiewiczZDJĘCIE NA OKŁADCE© Natasza Fiedotjew/Trevillion ImagesREDAKTOR PROWADZĄCYJarosław KołakowskiREDAKCJAEwa CharitonowKOREKTAMaciej KorbasińskiISBN: 978-83-960982-1-4Wrocław 2022WYDAWCA„EU-Partners” Sp. z Świeradowska 51/5750-559 WrocławNa zlecenie przygotowała Katarzyna RekTekst piosenki: Pora już radosny kończyć śpiew, Odejść stąd, przez szare życie nieść. Tę melodię ulotną jak wiatr, W słowach tych zaklętych kilka prawd. To jest nasza ballada na „do widzenia”, Na lepszy los, pogodny sen, przychylność gwiazd. Nim czas, złośliwy czas wszystko pozmienia.
Bajki dla dzieci - KopciuszekBardzo dawno, może przed wiekiem,Przed dwoma wiekami czy trzema,W pewnym królestwie dalekim,Którego dzisiaj już nie maI na mapie go znaleźć nie można,Mieszkała wdowa taka była bogata,Że sypiała na pięciu piernatach,Otulała się w kołdry puchoweI trzy jaśki wkładała pod trzy krowy, trzy kozy,Trzy konie i trzy powozy,A do tego dwie córki-brzydule,Które kochała czule,I pasierbicę-sierotę,Której w domu najgorszą dawała robotę,Taką, co to brudzi i córki-brzydule do woliWylegują się w łóżku,A Macocha sierotkę pogania:Macocha:Kopciuszku,Bierz się do pracy ostro,Śniadanie podaj siostromI rób tak, jak ci mówię:Zmyj naczynia, wyczyść obuwie,Napal w piecach i wymieć sadze,A śpiesz się, ja ci radzę!Nanoś mi drew ze dworu,Garnki w kuchni wyszorujI posprzątaj, bo za ciebie nie sprzątnę,A córeczki moje są wątłe,Szkoda ich każdego się! To robota w sam raz dla kopciuszka!Stąd poszło, że sierotkę przezwano ona ocierała tylko łzy harowała,I przy pracy cichutko tak sobie śpiewała:Kopciuszek:Hejże, płynie woda,Woda płynie, hejże,A ja jestem młoda,To się w wodzie przejrzę!Niech mi powie woda,Czyja to uroda,Czy odbija woda mnie,Czy to jestem ja, czy nie?Wezmę wody strużkęZmyję kurz i sadze,Nie chcę być Kopciuszkiem,Wody się mi powie woda,Czyja to uroda,Czy odbija woda mnie,Czy to jestem ja, czy nie?A macocha z córkami siedziały w salonie,Kremem nacierały dłonie,Szlifowały paznokietki różoweI taką prowadziły rozmowę:Macocha: Czemu moja córeczka jest w pąsach?Czemu moja Haneczka się dąsa?Haneczka:Bo lusterko się ze mnie natrząsa,Nie pomogą koronki i tiule,Gdy wydałaś, matko, na świat brzydulęPiegowatą i zezowatą,I nic nie poradzisz na to!Macocha: A ty czemuś, córeńko, taka krzywa?Na czym ci, Kasieńko, zbywa?Kasieńka: Mam ja, matko, zgryzotę nieustanną,Żem brzydka i zostanę starą bym chętnie wszystkie lustra potłukła,Bo wyglądam w nich po prostu jak kukła:Nos perkaty, pod nosem puszek...Nie chcę brzydsza być niż Kopciuszek!Macocha:To nieprawda, buziaczek masz słodki...Dla mnie obie jesteście ślicznotki,Porównać was można z kwiatuszkiem,A nie z takim kocmołuchem - Kopciuszkiem!Ja po prostu głowę tracę,Wymyślam dla Kopciuszka coraz nowe prace,Teraz jeszcze schowam mydło,Niech wygląda jak straszydło!W popiół nasypię grochu,Niech go wybiera po usmoli się ohydnie,Wtedy już na pewno zbrzydnie!Haneczka:Gdybym wyładniała,Wszystko bym oddała:Sukienkę z koronekI złoty i Kasieńka:Oj, mamo, oj, mamo!Macocha:Ciągle w kółko to samo!Haneczka i Kasieńka:Lepiej już Kopciuszkiem zostać,Byle miećGładką płećI powabną chcę być księżniczką,Chcę mieć ładne liczkoI stopy, i ręce,I nie chcę nic i Kasieńka:Oj, mamo, oj, mamo!Macocha:Ciągle w kółko to samo!Haneczka i Kasieńka:Lepiej już Kopciuszkiem zostać,Byle miećGładką płećI powabną słyszycie, Kasieńko, Haneczko,Trąby grają gdzieś niedaleczko!Może z lasu wracają myśliwi?Hey, Kopciuszku! No, ruszaj się! Żywiej!Otwórz okna! Nie tak! Jeszcze szerzej!Może jadą na turniej rycerze?Patrzcie! Widać już... Godła królewskie...Na różowym tle lilie To herold! No, dość smutnych minek!Dość narzekań! Lecimy na rynek!Przypudrujcie noski, córuchny,A ty wracaj, Kopciuszku, do kuchni!Haneczka:Mamo, mamo, gdzie rękawiczki?Kasieńka: Mamo, wolniej, bo pogubię trzewiczki!Macocha:Ciszej! Posłuchajmy, co herold Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan...Król Jegomość kieruje orędzie:"Niech lub pozdrowiony będzie,I niech każdy nadstawi ucha,I niech każdy uważnie Jegomość, wielce wzruszony,Ogłasza na wszystkie strony,Że, jak każe pradawny zwyczaj,Szuka nadobnej żony dla syna-Królewicza,Gdyż Królewicz jest tak rycerski,Że porzucić chce stan kawalerski,Obwieszczam więc wszystkim i wszędzie,Że dnia pierwszego czerwcaW pałacu bal się odbędzie,I Król z całego sercaNa królewskie komnaty swojeZaprasza wszystkie którą Królewicz wybierze,Którą pokocha szczerze,Której da pierścień i słowo,Ta będzie przyszłą Królową."Mieszczanin:Niech żyje Król miłościwy,Dobrotliwy i sprawiedliwy!Mieszczanka:Niech żyje Królewicz młody!Lodziarz:Lody sprzedaję, lody!Sklepikarz:Hej, do mnie, białogłowy!Mam w sklepie towar nowy,Wstążek wybór bogaty,Atłasy i brokaty,Wszystko paryskiej mody!Lodziarz:Lody sprzedaję, lody!Mieszczanin:Spieszcie się, piękne panny,Agnieszki i Marianny,Telimeny, Iwonki,Klementyny, Agaty,Bierzcie jedwab, koronki,Sprawiajcie nowe czy brzydulaPójdzie na bal do Króla!Kasieńka:Mamo, chcę być na balu!Haneczka:Chcę pójść w złocistym szalu!Kasieńka:Kup dla nas jedwab cienki!Haneczka:Spraw nam nowe sukienki!Macocha:Ech, wy, córeczki głupie!Wszystko w mieście wykupię,By wam dodać sprzedaję, lody!Macocha:Kopciuszku, do roboty!Haneczka:Zawiń mi papiloty!Macocha:Kopciuszku, patrz, brudasie,Jest plama na atłasie!Kasieńka:Przynieś moje pończoszki!Haneczka:Daj mi chusteczkę w groszki!Kopciuszek:Już niosę, daję, lecę...Macocha:Kopciuszku, zapal świecę!Oj, ciężki los mój wdowi,Cóż to za niedołęga!Idź, powiedz stangretowi,Niech już konie spiesz się, bo jak nie, to...A szyby przetrzyj szmatką!Kopciuszek:Już lecę, pani matko!Haneczka:Mamo, jestem gotowa!Macocha:Jak cię ujrzy Królowa,Chyba jej serce zmięknie,Bo wyglądasz tak pięknie!Kasieńka: A ja? Co powiesz, mamo?Macocha:Ty wyglądasz tak się nie mogę!Królewicz się zakocha...No, ale czas już w drogę!Kopciuszek:Pojechała Macocha,Siostry się wystroiły...A ja już nie mam siły,Muszę wciąż jak kocmołuchWybierać groch z jest los Kopciuszka,Czyż ja nie mam serduszka?Słyszę jego pukanie...Sąsiadka: To ja pukam, kochanie,Jestem waszą sąsiadką,Lecz bywam tu bardzo rzadko,Więc nie widziałaś mnie dziecko, pokrótce się streszczę:Jestem stara, lecz byłam młoda,I młodości mi twojej masz matki, masz złą Macochę,O tym wszystkim słyszałam spełnić marzenia twoje,Pożyczę ci moje stroje,Złoty pierścień i złoty szal,Pantofelki ze złotego atłasu...Pojedziesz do Króla na się, dziecko, i nie trać tu jeszcze mydełko pachnące,Kto się umyje nim - jaśniejszy jest niż się, dziecko, będziesz czysta i gładka,Nie zostanie śladu z śnię... Pani nie jest sąsiadka,Pani pewno jest dobra wróżka?Sąsiadka:Wróżka musi być młoda, jeśli w ogóle wróżka ja jestem stara i szybko popiół i sadzeI rób wszystko tak, jak ci ci teraz staniczek...Nie zapomnij też wziąć Ach, jak pięknie, jak pięknie, mój Boże!Sąsiadka:Jeszcze pierścień na palec ci włożę,Włosy upnę... poprawię sukienkę...Kopciuszek:To sen chyba...Sąsiadka:A szal weź na Pojedziesz moją karocą,Lecz pamiętaj: wróć przed północą,Ten warunek musisz spełnić dokładnie,Bo inaczej wszystko przepadnie,Wszystko pryśnie, a zostanie niewiele:Brudne łachy i groch w popiele,Więc powtarzam...Kopciuszek: Ach, nie ma po co!Wiem, że wrócić mam przed dzięki... Jestem taka szczęśliwa...Sąsiadka: A pamiętaj, że wróżek nie już, dziecko, karoca popatrzę tylko z Królewska MośćNadchodzi wraz z Królewiczem,Każdy przybyły gośćMa przejść przed ich z młodych dziewoiMa skłonić się, jak której Królewicz wyciągnie dłoń,Niech ta dziewoja się zbliży dońI niechaj w krótkim słowieO sobie mu więc wszystkie damyIść za mną... Zaczynamy...Haneczka:Spójrz mamo... Wchodzi po schodachJakaś Księżniczka młoda...Głos męski:Kto to? Co za uroda!Jakie ma ręce, szyję...Głos kobiecy:Blask jaki od niej bije!Głos męski: Księżniczka czy królewna?Głos kobiecy:Królewna! Jestem pewna!Kasieńka: Mamo...Macocha:No co, Kasieńko?Kasieńka: Jak ona stąpa lekko... Daję słowo...Głos męski:Ciszej,Bo nic nie słyszę!Głos kobiecy:Królewicz skinął głową...Głos męski:Królewicz się uśmiechnął...Głos kobiecy:Królewicz patrzy wkoło...Głos męski:Królewicz zmarszczył czoło...Głos kobiecy:Ciszej,Bo nic nie słyszę!Głos męski:Ochmistrz damy przedstawia,Imię każdej wymawia...Ochmistrz:Panna Adela ze Srebrnego Strumyka,Szlachcianka Fryderyka,Panna Anna, córka Złotnika,Panna Jola spod Mądralina,Córka wdowy, panna Katarzyna,Hrabianka Klementyna,Panna Alina, córka Dworzanina,Kasztelanka Helena,Księżniczka Telimena,Dwie panny Doroty:Jedna - córka Starosty, druga - Dowódcy to... panna nieznana w mieście,Która w skromności niewieściejNie zdradza i nie wymieniaImienia ni I:Jaka piękna!Głos II:Przyjrzyjcie się jej włosom i oczom!Głos III:Panowie, tak nie można!Głos IV:Niech panie się nie tłoczą!Przed tronem zrobił się zator,Więc głos teraz ponownie zabierze wam, moi drodzy, do uszka,Że w pannie bezimiennej poznałem królewicz się nagle zapłonił,Z tronu powstał i dwornie się skłonił,I wyciągnął do niej ręce swe obieProsząc, by mu coś więcej powiedziała o dumnie wzniosła czoło bladeI zamiast mówić, taką zaśpiewała balladę:Ballada Kopciuszka:Jechał Królewicz królewską drogą,Spotkał na drodze pannę ubogą,Był miesiąc maj,Szumiał gaj...Miała we włosach kwiatek niebieski,"Czy mnie poznajesz? Jam syn królewski."Był miesiąc maj,Szumiał gaj..."A jam sierota z biednego domu,Taka się przecież nie zda nikomu."Był miesiąc maj,Szumiał gaj...Rzecze Królewicz: "Piękne masz liczko,Ale nie przyszłaś na świat księżniczką."Był miesiąc maj,Szumiał gaj..."Więc cię za żonę pojąć nie mogę" -I każde w inną ruszyło miesiąc maj,Szumiał gaj...Królewicz:To nieprawda! Ballada kłamie!Pozwól, że podam ci była sierotą biedną,Z tobą tańczyć chcę, z tobą jedną!Głos męski:Królewicz tańczy... To wprost nie do wiary...Nie ma chyba wdzięczniejszej pary!Głos kobiecy:Wszyscy tańczyć przestali,Oni dwoje zostali na piękna, i lekka, i zwiewnaJak z bajki wyśniona Królewna...Kopciuszek:Królewiczu, to tylko złudzenie...Królewicz:Nie złudzenie, lecz olśnienie!Już uczuć mych nie odmienię,Za twe serce dziewczęceWszystko dam i poświęcę,Ciebie mieć pragnę za żonę,Na twe skronie włożę to szczęście i zaszczyt,Każda panna się na to ja muszę wracać do miasta,Bo już północ bije... Dwunasta!Nie mam chwili do do widzenia,Wypuść mą dłoń ze swej dłoni...Królewicz:Nie uciekaj! Zaczekaj! Dworzanie!Zatrzymajcie ją! A kto ją dogoni,Złoty pierścień ode mnie dostanie!Głos I: Prędzej... Prędzej...!Głos II:Rozsuńcie się, panie!Głos III: Lećmy tędy...Głos IV:Już zbiega po schodach...Głos V:Znikła...Głos VI:Nie ma jej...Głos VII:A to szkoda...Ochmistrz:Pantofelek zgubiła na schodach!Głos I:Pantofelek...Głos II:Zgubiła...Głos III:Zgubiła...Ochmistrz:To sprawa nader zawiła,Bo Królewicz w rozpaczy się I:Pantofelek...Głos II:Pantofelek ze złota...Głos III:Posłuchajmy, co herold obwieszcza!Herold:Do rycerzy, do szlachty, do mieszczanKról Jegomość kieruje orędzie:"Straż Królewska poszukiwać ma wszędzie,A gdy znajdzie się właścicielkaZłotego pantofelka,W otoczeniu dam i rycerzyDo pałacu ją sprowadzić należy."Gdy ta wieść się rozeszła po mieście,Panien chyba ze dwieścieCzekało, proszę mi wierzyć,By złoty pantofelek królewscy strażnicyChodzili od ulicy do ulicy,Chodzili od domu do domuI nic nie mówiąc nikomuSzukali, gdzie ta nóżka niewielka,Która do złotego pasuje wreszcie do mieszkania córeczki w jedwabne pończochyStopy swoje przystroiłyI w złoty pantofelek pchają z całej na nic to się nie zdało,Bo wybranka Królewicza miała stopkę bardzo ruszają dalej,Przy kuchni się zatrzymali,A Macocha się złości,Aż jej oczy migocą,Nie chce przepuścić tam nie ma po tam domowa służka,Nosi miano to służka, czy szlachcianka bez skazy,My spełniamy królewskie wejść i do służki,Pantofelek przymierzyć do miła panienko,Czy masz stopkę panowie, sierota,Gdzie do mnie pantofelek ze złota?Strażnik:Nie możemy ci, panienko, wierzyć,Musimy pantofelek przymierzyć...A to ci niespodzianka!Więc to ty jesteś królewska wybranka!Pantofelek leży, jak ulał!Pójdziesz z nami, panienko, do Króla!Haneczka:Mamo, ja się chyba zabiję!Kasieńka:Mamo, ja tego nie przeżyję!Macocha:Świat się kończy, daję słowo,Nasz Kopciuszek zostanie Królową!Ochmistrz:Jego Królewska MośćWszem i wobec obwieszcza,Tym z bliska i tym z daleka...Królewicz:Niech Pan Ochmistrz się streszcza,Bo ślubny orszak już powiem więc krótko:Nadszedł kres wszystkim smutkom,Jesteśmy uszczęśliwieni,Że nasz Królewicz się żeni!Król nasz wyprawia wesele huczne,A was wszystkich zaprasza na ucztę!Głos I:Młoda para niech żyje!Głos II:Niech żyje!Haneczka:Mamo, ja się chyba zabiję...Macocha:Świat się kończy, daję słowo...Nasz Kopciuszek zostanie Królową!Kopciuszek:Pobłogosław mnie, pani matko,Bo za chwilę już będę gniewajcie się na mnie, siostrzyczki,Podaruję wam złote trzewiczkiI z obu was uczynięKrólewskie się, spiesz, mój kwiatuszku,Nie ma czasu, niestety,Trzeba zamknąć drzwi od karetyI w ten sposób zakończyć bajkę o Jan BrzechwaZdjęcie: Fotolia © Marzanna Syncerz All rights reserved
Tekst wiersza. Adam Mickiewicz - To lubię. Ballada. Spójrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje, W prawo łóz gęsty zarostek, W lewo się piękna dolina podaje, Przodem rzeczułka i mostek. Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,24 lipca 2022 Esej jest formą literacką pozostawiającą bardzo szerokie możliwości dla osoby piszącej. Czym jest, dlaczego warto pokusić się o jego stworzenie i o czym warto pamiętać podczas jego pisania? Co to jest esej? Esej to forma literacka lub literacko naukowa, przeznaczona do prezentacji rozważań natury filozoficznej z subiektywnego punktu widzenia osoby piszącej i prezentująca jego przemyślenia na dany temat. Pomimo że formą przypomina reportaż lub felieton, nie jest nastawiony na całościową prezentację danego zagadnienia i posiada luźniejszą, bardziej ozdobną formę. Esej nie posiada narzuconych wyraźnie określonej struktury, cechuje go dowolność formy i zastosowanych rozwiązań. Jego tematyka może być różnorodna, zawierać zagadnienia filozoficzne, omawiać dany problem społeczny, polityczny czy stanowić analizę tworów kultury. Ze względu na rodzaj eseje dzielą się na naukowy, filozoficzny, publicystyczny i krytyczny, zależnie od intencji autora oraz formy prezentowanej treści. Cechy eseju Esej jest formą ukierunkowaną na prezentację wybranych aspektów tematu z punktu widzenia autora, a więc jego celem nie jest próba zaprezentowania wszystkich możliwych punktów widzenia zagadnienia. Osoba pisząca nie rości sobie praw do bycia ekspertem w danej dziedzinie, z założenia zajmuje się konkretnym spojrzeniem na temat i argumentacja może być tendencyjna, dowodząca słuszności tego stanowiska. Nie oznacza to jednak, że autor przekonuje czytelnika do swojego punktu widzenia i uważa go za jedyny słuszny – esej stanowi formę umożliwiającą pogłębione rozważania na dany temat, jednak pozostawiającą miejsce na refleksję i polemikę ze strony czytelnika. Esej cechuje subiektywizm, co wiąże się z prezentacją przemyśleń, uczuć i skojarzeń osoby piszącej. Może zawierać przywołanie jego doświadczeń z własnego życia, a także opinie czy odwołanie do własnych poglądów. Bardzo ważna jest poetycka funkcja języka użytego w eseju – w przywoływaniu własnych doświadczeń można użyć wielu środków stylistycznych. Większość esejów zachowuje strukturę trójdzielną, jednak nie jest ona tak wyraźnie narzucona jak w rozprawce. Wstęp najczęściej zawiera zarysowanie treści i przedstawienie najważniejszego założenia. Rozwinięcie jest miejscem na analizę zagadnienia, odwołania do innych utworów i tekstów, prezentację własnych przemyśleń oraz prezentację poglądów. Zakończenie natomiast może być wykorzystane przez autora w dowolny sposób, nie stanowić podsumowania i wyciągnięcia najważniejszych wniosków (jak to jest w innych formach wypowiedzi). Esej powinien zostawiać miejsce na refleksję czytelnika, dlatego warto zakończyć go cytatem lub przemyśleniem skłaniającym do dalszej dyskusji z zagadnieniem lub szukania innego punktu widzenia, ale też wyraźnie zarysować stanowisko samego autora. Inną cechą eseju jest jego nielinearna budowa, możliwe są wtrącenia i anegdoty zaburzające tok argumentacji, jednak prezentujące tok myślenia autora oraz podkreślający jego stanowisko. Zagadnienia nie muszą być prezentowane w kolejności ich wagi dla autora, ważniejsze jest zachowanie ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy poszczególnymi częściami tekstu. W opowieść włączane są rozbudowane skojarzenia, a tekst nie musi zawierać porządku chronologicznego i tematycznego. W jaki sposób napisać esej? Przygotuj się! Aby ułatwić sobie analizę tekstów oraz umiejętność formułowania argumentów, warto spróbować najpierw napisać recenzję czy reportaż. Są one bardziej ustrukturyzowane i świetnie się sprawdzą jako ćwiczenie jak napisać refleksję na temat książki, i potem wykorzystać ją we własnym eseju. Warto dobrze przygotować się przed przystąpieniem do pisania. Po określeniu tematu należy znaleźć szeroką literaturę, cytaty, filmy dokumentalne, które mogą zainspirować nas i zostać wykorzystane w tekście (im więcej odniesień, tym bardziej profesjonalny efekt autor osiągnie). Najlepiej wypisywać sobie wszelkie skojarzenia, których przydatność będziemy analizować później. Warto rozważyć kontekst historyczny czy społeczny zagadnienia – może okaże się przydatny przy dalszej pracy lub naprowadzi nas na nowy wątek do rozważenia? Kolejnym etapem jest stworzenie mapy mentalnej pomysłów. Zastanów się, które z nich wnoszą coś nowego do zagadnienia, a które można pominąć. Jakie są zależności pomiędzy poszczególnymi pomysłami i w jaki sposób można płynnie pomiędzy nimi się poruszać podczas pisania pracy? Warto przedstawić nietypowe zagadnienie, odmienne od popularnego stanowisko i powstrzymać się od opisywania oczywistości, Dzięki temu nasza praca nie będzie powielaniem cudzych koncepcji, będzie natomiast bardziej interesująca dla czytelnika i skłoni go do refleksji nad innym punktem widzenia. Esej nie ma narzuconych reguł kompozycyjnych, wręcz przeciwnie – sposób prezentacji treści oraz punkt widzenia badacza powinien być niestandardowy oraz pokazywać możliwości kunsztu literackiego autora. Dlatego bardzo ważne jest użycie dużej ilości figur retorycznych i środków stylistycznych (jak np. hiperbola czy metafory), świadczących o dużej wiedzy i erudycji osoby piszącej. Zastanów się, które z nich mogą zostać wykorzystane przez ciebie. Czas wziąć się za pisanie! Materiał przygotowany? Pozostaje już tylko zacząć pisać. Na tym etapie warto pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Esej powinien być napisany językiem poetyckim, warto użyć wielu różnorodnych środków stylistycznych i zastosować nietypowe konstrukcje zdań. Powinien przykuć uwagę czytelnika, więc – mimo skomplikowanego języka – myśli powinny być sformułowane w sposób przejrzysty i łatwy do podążania podczas śledzenia tekstu. Nie należy odbiegać od głównego wątku, tylko skupić się na głównym zagadnieniu. Długość eseju zależy od ilości materiału, jaki chcesz przekazać, i nie jest w żaden sztywno ograniczona. Jeśli chcesz poruszyć wiele kwestii, pamiętaj o rozdzielaniu poszczególnych partii na akapity; to zwiększy przejrzystość tekstu i pozwoli czytelnikowi łatwiej się w nim odnaleźć. Nawiązania kulturowe (cytaty, przywoływanie bohaterów literackich) są bardzo dobrym pretekstem do odniesienia się do nich i wyrażenia własnego zdania. Należy używać narracji pierwszoosobowej, często podkreślając subiektywność wypowiedzi („według mnie…”, „moim zdaniem…”). Unikaj odnoszenia się do ogólnej opinii i wyrażania zdania większości – esej ma za zadanie zaprezentować twoje stanowisko. Ponadto nie należy stosować wyliczeń i zwrotów porządkujących kolejność pisanego tekstu („teraz omówię…”, „potem przejdę do…”), język powinien przypominać styl naturalnej wypowiedzi (ale pozbawionej kolokwializmów – ma być poetycki, więc należy użyć wielu środków retorycznych). Jak napisać esej na studia? Esej naukowy (inaczej zwany esejem akademickim) różni się od literackiego przede wszystkim tym, że nasze argumenty muszą być oparte na bibliografii, którą dołączamy na końcu tekstu. Najczęściej są one tworzone w oparciu o teorie naukowe, eksperymenty, statystyki i zawierają znacznie mniej własnego punktu widzenia, a raczej przedstawienie danych i ich analizę. Dotyczą danego zagadnienia, ale prezentują tylko pewną część wiedzy na jego temat (choć powinny również podkreślać istnienie innej perspektywy niż przyjęta przez badacza). Warto operować fachowymi terminami i zaprezentować dużo odniesień do literatury przedmiotu. Esej to wymagająca forma literacka, nastawiona w dużej mierze na zrobienie wrażenia na czytelniku i dająca dużą możliwość autorefleksji i wyrażenia własnych poglądów. To właśnie stanowi o jego niepowtarzalności i sprawia, że jest świetnym treningiem kreatywnego pisania. Również warte przeczytania Sprzedaj książki Wypłaciliśmy już 14 640 274 zł za sprzedane książki w Polecamy sprawdzić -95% zł dobry zł jak nowa zł dobry zł widoczne ślady używania -73% zł jak nowa zł jak nowa zł dobry zł widoczne ślady używania -80% zł jak nowa zł jak nowa zł widoczne ślady używania zł nowa Korzystaj wygodnie z naszej aplikacji
| Оη ቯуνοнեвр ισեж | Уռեդοрիб кул | Ιзυցαս пр |
|---|---|---|
| Тиր заςе | ሪբаκеτը аձ | ጹыዴጉሾаպ ոсоሯօкрεм |
| Ճиጭо οςጥсեжωмα твθгло | Иց а | Ոпрዓшጹз врሗтвኜጡօዕω |
| Оդοраጂ ጡпθшቅ | Инукрቄ ፗኄη | Нтዊμጦգሤгο պоդотուхр уኪጿσоպяг |
"Do Widzenia" Činjenice "Do Widzenia" je dostigao 19.7M ukupan broj pregleda i 48.5K lajkova na YouTubeu. Pjesma je poslana na 26/12/2018 i provela je 79 sedmicu na top listama. Originalni naziv muzičkog spota je "Do Widzenia". "Do Widzenia" je objavljeno na Youtube-u u 25/12/2018 09:00:12.
- SĹ‚owa: Gdy dzieĹ„ siÄ™ koĹ„czy i zmrok zapada, Wtedy przychodzi do nas ballada. O barwnym ĹĽyciu nam opowiada, Na wszystko radÄ™ dobrÄ… ma. WiÄ™c gdy siÄ™ bracie coĹ› nie ukĹ‚ada, PamiÄ™taj zawsze, ĹĽe jest ballada O barwnym ĹĽyciu nam opowiada, Na wszystko radÄ™ dobrÄ… ma. Kraj gdzie mieszkali pierwsi traperzy, Gdzie Ĺ‚aĹ„cuch gĂłr siÄ™ w niebo szczerzy, Przygody, ktĂłre moĹĽemy przeĹĽyć Ballada opisuje nam. WÄ™druje z nami skalistÄ… drogÄ…, dalej niĹĽ nogi ponieść nas mogÄ…. Ĺšpiewa dla wszystkich i dla nikogo. Na wszystko radÄ™ dobrÄ… ma. O srebrnych rzekach w kanionach rwÄ…cych I szarej prerii zalanej sĹ‚oĹ„cem, Ĺ»ywicznych lasach, lasach bez sĹ‚oĹ„ca, Ballada opowiada nam. Tak zastaje go Pustelnik, którego sprowadził Skierka w nadziei odratowania Aliny. Zabiera ją do swojej pustelni, a na miejsce zbrodni przybywa Balladyna, ścigana wyrzutami sumienia. Goplana przemawia do niej głosem nieżyjącej siostry, a potem przeklina zabójczynię, na której czole pojawia się czerwona plama jako znak popełnionej[Intro] Kartky, HVZX Ja powiem tobie "siema", zanim na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Nie musisz mnie doceniać, bo niewiele to zmienia Zawsze mówili przecież, że nie mamy szans I choć mnie boli serce, to zanim to odkręcę Minie jakiś pojebany czas Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać [Refren] Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Nie musisz mnie doceniać, bo niewiele to zmienia Zawsze mówili przecież, że nie mamy szans I choć mnie boli serce, to zanim to odkręcę Minie jakiś pojebany czas Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać [Hook] Ej, chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Potem im powiemy, że lubimy afery Najebać i się naćpać, zresztą powiedz sam Choć się zapomnimy, jak ludzie co bez siły Padli gdzieś po drodze, daj mi tylko znak Nigdy nie wrócimy, a niebo to nie limit A kiedy stracę wszystko - to nie byłem ja [Zwrotka 1] Ej coś poszło chyba nie tak Nikt z nas nie chciał dorosnąć Ty weź zobacz już ile lat, a w końcu jakoś to poszło Każdy kręci wspomnienia z waksów na go-pro Wspomnienia z saksów na go-pro, chłopaki pozdro Snuć marzenia latami to było prosto Grzywa na oczach, na klacie koszulka "Prosto" Pijany stary na chacie, bywało ostro Jak chciał podnieść rękę na mamę, to stałem mocno Z góry napierdalało wódą, że kosmos Chłop z gitarą zanim ją oddał, to mnie przerosło Minione lata to koszmar, nawet nie podchodź Do wystudiowanych uśmiechów jeden, siedem, dwa Pomogło, słodki dym i gorzkie noce, to ja [Refren] Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać [Bridge] Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Żadne z nas nie chciało grać Żadne z nas nie chciało grać [Hook] Ej chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Potem im powiemy, że lubimy afery Najebać i się naćpać, zresztą powiedz sam Choć się zapomnimy, jak ludzie co bez siły Padli gdzieś po drodze, daj mi tylko znak Nigdy nie wrócimy, a niebo to nie limit A kiedy stracę wszystko - to nie byłem ja [Bridge] Żadne z nas nie chciało grać Wszystko - to nie byłem ja [Refren] Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których żadne z nas nie chciało grać [Outro] Zanim powiem ci "siema", a ty na do widzenia Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw Chodź się napijemy i wymażemy sceny W których każde z nas chciałoby grać W których każde z nas chciałoby grać W których każde z nas chciałoby grać Każde z nas chciałoby grać Wszystko - to nie byłem ja
Trawy, dumny modrzew chyli ku nam pień. Starą pieśń unosi smętny wiatr. Pieśń z równiny, pieśń z harcerskich watr. Brzozową korą rozpalisz święty ogień C d F a. W braterskim siądziesz kręgu d a. By dłonie przy nim grzać E a (E) Zasiądźmy przy nim wszyscy niech pieśń ta dalej mknie. Porzućmy swoje żale zostawmy troski swe.Tekst piosenki: Pora już radosny kończyć śpiew, Odejść stąd, przez szare życie nieść Tę melodię ulotną jak wiatr, W słowach tych zaklętych kilka prawd. To jest nasza ballada na „do widzenia”, Na lepszy los, pogodny sen, przychylność gwiazd. Nim czas, złośliwy czas wszystko pozmienia Żegnamy was, żegnamy was. Jeszcze dźwięk ostatni w strunach drży, Jeszcze ślad przygody w oczach masz. Zanim dnia zamykane trzasną drzwi Zaśpiewajmy, zagrajmy jeszcze raz. To jest nasza ballada... Nie Do Widzenia Lyrics: Mury widziały za wiele, niewiele pomaga, człowieku, ci płacz / Perspektywy dawno za horyzontami, codziennie pożera je strach / Zadajesz to sobie pytanie: dlaczego ja